Siedzę na motocyklu w ponad trzydziestostopniowym upale.
Asfalt paruje, powietrze stoi, kask zamienia się w saunę. Przede mną jedzie mama na skuterze. Na siedzeniu przed nią – małe dziecko. Na nogach – klapki. Ani kurtki, ani rękawic, ani ochraniaczy. 50, może 100 metrów do sklepu.

I mam tę myśl, która pewnie przemknęłaby też przez Twoją głowę:
„Kto tu jest nienormalny – oni czy ja?”.

Bo ja w tym samym kadrze: pełne buty, spodnie z protektorami, kurtka, rękawice. Cały pancerz. Na dystans, który – z naszej perspektywy – można by prawie przejść piechotą.

Tam motocykl jest jak nogi.
U nas – często jak gadżet.


W wielu miejscach na świecie jednoślad nie jest „pasją”. Jest narzędziem do przeżycia dnia.
Jedziesz na skuterze tak, jakbyś u nas wyszedł z domu w kapciach wyrzucić śmieci. Albo zbiec do Żabki po mleko. Nikt nie robi z tego filozofii. Po prostu: jest gorąco, jest daleko, jest szybciej na dwóch kołach, niż na nogach.

Kiedy żyjesz w takim klimacie, z inną infrastrukturą, innymi pieniędzmi i realiami, Twoje bezpieczeństwo układa się w zupełnie inną hierarchię.
Tu ważniejsze może być: „czy mam w ogóle czym dojechać do pracy?” niż „czy mój komplet jest z najnowszej kolekcji premium”.

I teraz mały zgrzyt w głowie:
czy ktoś z nas ma moralne prawo powiedzieć im, że „robią to źle”?
Z pozycji kogo? Turysty w drogim kombinezonie, który przyleciał na tydzień „pożyć jak lokals”, ale za chwilę wróci do swojego klimatyzowanego biura?


W Polsce – i generalnie w naszej szerokości geograficznej – motocykl najczęściej jest hobby.
Sezon, pierwsze odpalenie, zdjęcie z garażu, zlot, wypad w góry, trzy dni po Mazurach. W międzyczasie: akcesoria, customy, zmiany wydechów, porównanie tekstyl vs skóra, test nowych rękawic „na tor i na miasto”.

My mamy luksus, żeby się tym bawić.
Luksus, żeby kupić drugi (albo czwarty) komplet.
Luksus, żeby jeździć tylko wtedy, kiedy chcemy, a nie wtedy, kiedy musimy.

I właśnie dlatego mamy też luksus bezpieczeństwa.
Możemy się szkolić, czytać, oglądać analizy wypadków, kupować coraz lepszy sprzęt, robić trzy przymiarki kasku zanim powiemy „biorę”. Możemy marudzić, że spodnie są za ciężkie na pięciominutową przejażdżkę. Możemy zaplanować trasę tak, żeby była bardziej widokowa, a mniej ryzykowna.

To wszystko jest przywilejem. Nie karą.

Tylko że my często odwracamy tę logikę.
Zamiast widzieć, że mamy przewagę – robimy z niej broń. I zaczyna się święta wojna: „w klapkach to kretyn”, „w pełnym pancerzu to już przesada”, „prawdziwy motocyklista… (tu wstaw dowolną definicję, zależnie od ego)”.


Powiem Ci, jak ja to widzę.

Ja zawsze zakładam pełen komplet, kiedy wsiadam na motocykl.
Nie dlatego, że ktoś mi tak kazał, nie dlatego, że boję się komentarzy. To jest moja osobista decyzja. Mój poziom komfortu. Moja granica ryzyka.

Ale nie mam najmniejszej potrzeby robić z tego religii.
Nie interesuje mnie nawracanie kogokolwiek na „jedyną słuszną drogę”. Interesuje mnie coś innego: czy to, co robisz Ty, nie „Internet”, wynika z świadomej decyzji, czy z automatu, nawyku, presji, wygody, albo z „bo wszyscy tak robią”.

W mojej głowie pierwszą warstwą bezpieczeństwa nie jest kurtka.
Jest głowa.


Spróbujmy na chwilę odłożyć wszystkie święte wojny o tekstyl vs skóra, o jeansy motocyklowe, o to, czy rękawice miejskie „wystarczą”.
Wyobraź sobie, że zanim przekręcisz kluczyk, zadajesz sobie tylko cztery krótkie pytania:

  1. Jak daleko naprawdę jadę?
    Nie „w teorii”, tylko uczciwie: 200 metrów do sklepu, 15 km do pracy, 200 km w trasę, czy może „tylko wpadnę na chwilę do znajomych, a potem… jakoś to będzie”.

  2. Co może mnie dziś zaskoczyć?
    Pogoda, która wygląda „ok”, ale za 30 minut ma lunąć. Godzina szczytu. Niewyspanie po pracy. Duma po nowym motocyklu, która szepcze: „pokaż, co potrafisz”.

  3. Czy jadę, bo muszę, czy bo mi się zachciało?
    Bo jest różnica między: „bez tego przejazdu nie ogarnę dnia” a „po prostu mam ciśnienie, żeby się przejechać, choć czuję, że to nie jest najlepszy moment”.

  4. Co powiedział(a)bym najlepszemu przyjacielowi, gdyby miał zrobić dokładnie to samo, w tym samym ubraniu, w tych samych warunkach?
    Zauważyłaś/łeś, że dla innych nagle stajemy się mądrzejsi niż dla siebie?

Nie ma w tych pytaniach nic o tym, czy masz nowy airbag, czy trzyletnią kurtkę z wyprzedaży.
To jest poziom wyżej. To jest ten moment, w którym zaczynasz myśleć jak świadomy motocyklista, a nie jak użytkownik sprzętu.


Dojrzałość na motocyklu zaczyna się, moim zdaniem, dokładnie tam, gdzie kończy się potrzeba udowadniania czegokolwiek komukolwiek.

Nie musisz nikomu pokazywać, że:

  • „nie jesteś miękki, więc jedziesz w trampkach”,

  • „jesteś prawdziwy, więc nie odpuszczasz, nawet jak leje”,

  • „jesteś zawodnik, więc zawsze szybciej i mocniej”.

Może najbardziej dojrzały moment w motocyklowym życiu nie jest wtedy, gdy kupujesz litra, ADV-a z katalogu marzeń albo wymarzony custom.
Może jest wtedy, kiedy po prostu mówisz sobie:

„Dziś nie jadę.
Bo jestem zmęczony. Bo coś mi w środku mówi ‘odpuść’.
Bo nie chcę się ścigać z własnym ego”.

Albo:

„Dziś jadę, ale inaczej.
Wolniej. W innym ubraniu. W krótszą trasę.
I biorę za tę decyzję odpowiedzialność – bez usprawiedliwień i bez zrzucania winy na świat, kierowców, pogodę czy pecha”.


Kiedy patrzę na te dwa światy: miejsca, gdzie skuter jest jak nogi, i nasz kawałek mapy, gdzie motocykl to często „projekt życia” – nie widzę lepszych i gorszych.
Widzę różne realia.
I jedno wspólne pytanie:

„Czy naprawdę wiesz, dlaczego robisz to, co robisz, kiedy wsiadasz na motocykl?”

Bo możesz jechać w klapkach i mieć więcej pokory niż ktoś w najdroższym kombinezonie.
I możesz być w pełnym pancerzu, a w głowie mieć tryb „nieśmiertelny”.

Select the fields to be shown. Others will be hidden. Drag and drop to rearrange the order.
  • Image
  • SKU
  • Rating
  • Price
  • Stock
  • Availability
  • Add to cart
  • Description
  • Content
  • Weight
  • Dimensions
  • Additional information
Click outside to hide the comparison bar
Compare
Add to cart